Wspomnienia pułkownika Marcina Kusa

Płk Marcin Kus urodzony w 1921 roku, kiedy wybuchła wojna miał 18 lat. 

Tak wspomina wybuch II wojny światowej i wkroczenie Niemców do Mazurów:

O wojnie z Niemcami mówi się coraz głośniej już od wczesnej wiosny 1939 roku. Hitler – fuhrer III Rzeszy stawia żądania terytorialne względem naszego kraju. Dotychczas jego żądania spełniały się. Najpierw wkroczył wojskiem do Zagłębia Saary. Złamał traktat wersalski rozbudowując siły zbrojne na niespotykaną skalę. Pogwałcił demilitaryzację Nadrenii. Anektował Sudety zamieszkałe przez Niemców od Czechosłowacji poprzez całą Austrię. Wreszcie dokonał, za oficjalną zgodą państw Europy Zachodniej w Monachium, zaboru Czech i Moraw, godząc się na powstanie przychylnej mu Republiki Słowackiej ks. Tiso. Wiosną 1939 r. zajął litewską Kłajpedę, wielki port morski u ujścia Niemna. Od Polski zażądał eksterytorialnej linii kolejowej i drogi przez Pomorze do Prus Wschodnich – czyli ”korytarza”. Żądał również zniesienia statusu Wolnego Miasta Gdańska i przyłączenia go do Rzeszy. Rząd polski odpowiedział ostro „nie”, a Polska zaczęła przygotowywać się do obrony. Wiosną ogłoszono częściową mobilizację. Rozwinięto do pełnych stanów niektóre jednostki wojskowe. Dokonywano dyslokacji jednostek na granicy z Niemcami. Wytyczano linie i pasy obronne. Kopano okopy i budowano bunkry w miejscach strategicznych. Organizowano dowództwo armii i stanowiska dowodzenia.

   Przeszły dość spokojnie żniwa. Wzrosła częstotliwość incydentów na granicach z Rzeszą. Kończą się moje wakacje. Zaczynam się pakować na wyjazd do Rzeszowa, do Liceum Pedagogicznego, gdzie zostałem przyjęty na dalszą naukę przed wakacjami. W ostatnich dniach sierpnia Niemcy koncentrują swoje siły zbrojne wzdłuż granicy z Polską. Nasz rząd ogłasza mobilizację powszechną, przerywa ją na dobę i prowadzi dalej, co powoduje znaczny bałagan w planach mobilizacyjnych.  Rezerwiści masowo idą do koszar. Powołuje się do wojska również konie i wozy wiejskie. Pamiętam, był to piątek, kiedy rano ojciec wysłał mnie z wozem i koniem do wsi Trzeboś, gdzie komisja wojskowa dokonywała poboru transportu konnego dla potrzeb wojny. Na pastwisku wiejskim był duży spęd z okolicznych wiosek. Dzień jest pochmurny, chwilami mży deszcz. Czekam na swoją kolej. Byłem spokojny, że nic mi nie zabiorą, bo kobyła miała małego źrebaka, a wóz był w złym stanie technicznym. Praca na punkcie poboru trwa od 7.00. Koło godziny 9.00 słychać w oddali detonacje, słychać też warkot samolotów. Nic jednak nie widać, bo pułap chmur niski. Chłopi na wozach dyskutują. Pewnie gdzieś blisko wojsko prowadzi manewry. Była już chyba godzina 10.00, gdy nadjechał na motocyklu jakiś wojskowy. Komisja przerwała pracę. Porozmawiali między sobą i ogłaszają nam wszystkim, że rozpoczęła się wojna z Niemcami dziś o godzinie 4.45 rano, że detonacje, które słyszeliśmy, to bomby, jakie spadły w Rzeszowie na węzeł kolejowy i na miasto, że samoloty, które słyszeliśmy to niemieckie, że Hitler uderzył ze wszystkich stron, z zachodu, z południa i północy na nasz kraj bez wypowiedzenia wojny, że nasze wojsko broni się bohatersko przed nawałą. Było to 1 września 1939 roku, w piątek. Pierwsza wiadomość o wybuchu wojny. Polecono nam opuścić otwarte pastwisko i skryć się z wozami na chłopskie podwórka, dla zamaskowania swej obecności. Komisja też przeniosła się pod osłonę drzew i pracowała dalej. Około godziny 15.00 sprawdzono mój wóz i zaprzęg. Jak przewidywałem, nic mi nie zabrano i udałem się w drogę powrotną do Mazurów. W Sokołowie zaobserwowałem wzmożony ruch w sklepach. Ludzie kupowali przede wszystkim artykuły pierwszej potrzeby. Wnet znalazłem się w domu. Tam rodzina wiedziała już o wybuchu wojny. Mam być jutro w Rzeszowie, bo licea rozpoczynają naukę. Trzeba się zbierać do autobusu, do Raniżowa. Jednak niebawem jeden z kolegów gimnazjalistów – Staszek Sondej daje mi znać, że był w radiu komunikat, by jutro do szkół się nie zgłaszać, bo na razie budynki zajęte przez wojsko, że nauka zacznie się dopiero za kilka dni.

   Na drugi dzień ojciec źle się poczuł. Matka wysupłała jakieś pieniądze i mówi, by udać się do Sokołowa i kupić za wszystko soli, zapałek, mydła i bańkę nafty.  Widzę, że wszyscy sąsiedzi udają się w tymże kierunku w tym samym celu. Pojechałem furmanką. Miałem już trudności z zakupami nakazanymi mi przez matkę. Soli kupiłem 50 kg, zapałek dwa dziesiątki i bańkę 20-litrową nafty. Mydła już nie dostałem, wykupiono wcześniej. Kupiłem w to miejsce skórę na buty, twardą na podeszwy i miękką na przyszwy i cholewki. Pieniądze zdążyłem wydać, ale w sklepach zostały już tylko puste półki. Ludzie, pamiętając trudności aprowizacyjne w czasie I wojny światowej, wiedzieli co kupować i kupowali. Mieli pełną rację, bo niedaleka przyszłość pokazała, jak trudno było zdobyć wymienione produkty.

   Komunikaty wojenne podają co dnia o ciężkich walkach, o opuszczaniu poszczególnych miast. Najbliżej od nas radio na słuchawki było u Sikorzynej „za wsią” i tam się chodziło po wiadomości. Trwoga opanowała ludzi. Dniem kopaliśmy i kopcowali kartofle. Ojciec orał rolę pod zasiew żyta. Kalendarz przyrodniczy nie czekał. Wieczorami zakopywano w ziemię po obejściach beczki ze zbożem i odpowiednio je maskowano. Kto miał z kim, młócił w stodole świeżo zwiezione plony i chował. Ubijano większe prosiaki i zabezpieczano odpowiednio przetwory. Widać było podniecenie, ale nareszcie panował spokój. Francja i Anglia wypowiedziały Niemcom wojnę. Polska nie jest sama. Za parę dni uderzą od zachodu i z powietrza na Rzeszę. Jest nadzieja. Komunikaty radiowe są jednak nieubłagane. Dywizje pancerne Hitlera zajęły już Śląsk, Kraków, Bydgoszcz, Częstochowę i prą z trzech stron na Warszawę. Oby nasi żołnierze utrzymali się jeszcze parę dni, nim ruszy ofensywa sprzymierzonych od zachodu. 

   Pewnego ranka widzimy, że przez Mazury na wschód podąża fala uciekinierów z zachodnich prowincji kraju, ze Śląska i z Krakowa i jego okolic. Jadą furmankami drogą przez wieś. Szosa z Raniżowa na Sokołów pełna. Wszędzie dwa rzędy furmanek, pojedyncze samochody nie mogą się przebić do przodu. Wszędzie  korki. Piesi z tabołkami, z dziećmi, idą ścieżkami polnymi i leśnymi. Wszyscy zmęczeni i wyczerpani, z odparzonymi nogami, podążają na wschód. Uciekają przed nawałą germańską. Wielu jednak ma już dosyć wędrówki we wrześniowej spiekocie. Rezygnują z dalszej ucieczki, kładą się pod drzewami, szukając cienia, wykończeni. Początek września był suchy i gorący. Słońce jeszcze prażyło, choć już jesiennie. Od tygodnia nie spadła kropla deszczu. Nad szosą na Sokołów wisi tuman pyłu. Bez przerwy ciągną już nie uciekinierzy, ale wojsko – polscy żołnierze.  Dzień i noc trwa ten exodus. Płynie rzeka ludzi i sprzętu. Idą na Sokołów, idą na Górno, idą też na Kamień. Ciągną przez Zielonkę, Mazury, wloką się i przez Turkę – Posuchy. Idą policjanci i urzędnicy. Wielu już ma jednak dość uciekania i zostaje w Mazurach. 

   Gdzieś 7-8 września przed południem kopiemy ziemniaki w polu na Krzychowym. Słyszymy naraz potężny warkot samolotu. Lecą trzy dwumotorowe bombowce i jeden mały myśliwiec z tyłu za nimi. W pewnym momencie słychać strzelaninę nad nami w górze. Kładziemy się w redliny: mama, Kasia, Stefka, Staszek i ja. Obserwujemy, co się dzieje. Słychać jak łuski padają na kartoflisku. Strzelają chyba wszystkie samoloty, a ten mały krąży wokół tych większych, chyba bombowców. Nagle jeden z nich zniża lot, robi koło i niknie za Skwirowymi olszynami. Siadł na polu. Oczywiście pobiegłem w tamtą stronę. Pozostałe samoloty gdzieś odleciały. Zrobiło się cicho. Patrzę, że więcej mężczyzn biegnie w tamtą stronę, podobnie jak ja. Niektórzy mają w rękach widły, motyki, a nawet siekiery. Pewnie to usiadł samolot niemiecki. Trzeba aresztować pilotów. Tak nakazują komunikaty. Podchodzimy powoli. Stoi na roli z zadartym nieco ogonem i kołami wrytymi w rolę dość duży samolot. Przy nim kręcą się piloci w dziwnych uniformach jakichś niebieskich. Mają czarne skórzane kurtki i pilotki na głowach.  Na pytania podchodzących chłopów odpowiadają po polsku. Ludzie nie dają wiary, że to polscy piloci, ale ktoś mówi, że na ogonie jest polska szachownica. Niektórzy wątpią i dodają, że znaki namalowano dla zmylenia i dodaje, że piloci specjalnie uczeni są języka polskiego, a tak naprawdę to Niemcy – szwaby. Gdy spory już tłum zbliżył się do samolotu, piloci kryją się w jego wnętrzu i oddają salwę z karabinu maszynowego w powietrze, na postrach. Tłum się cofa, ale nie odchodzi. Dopiero kierownik szkoły pan Manastyrski jakoś powoli domówił się z pilotami i oznajmił, że to nasi żołnierze – lotnicy i że trzeba im pomóc. Samolot ma nieznaczne uszkodzenia, ale trzeba go dociągnąć konno na lotnisko we Weryni i stamtąd po naprawie będzie mógł polecieć na front. Emocje opadły. Widły i motyki pochyliły się do ziemi i wszyscy przystąpili do oglądania maszyny. Był to według słów pilotów polski bombowiec „Łoś”. Znaliśmy polskie samoloty, bo nieraz przelatywały nad Mazurami. Tego „Łosia” praktycznie zmusił do lądowania awaryjnego na polu niemiecki Messerschmitt – ten mały, którego widzieliśmy, jak latał wokół bombowców. Piloci domówili się z gospodarzami i przystąpili do rozmontowywania skrzydeł. Gospodarze, nie pamiętam już którzy, sprowadzili konie – dwie pary. Umocowali zaprzęgi do samolotu, skrzydła umieścili na wozie i pojechali za jakąś niemałą ponoć opłatą do Weryni. 

   8-go września 1939 r. późnym popołudniem orzę zagony pod Górą Domową. Patrzę, leci pojedynczy bombowiec od Raniżowa na Sokołów, nisko wzdłuż szosy. Dobrze go widać, chyba niemiecki. Nadleciał nad Zmysłów i tu został ostrzelany przez wojsko. Widać było wybuchy pocisków wokół samolotu. Bombowiec poderwał się do góry i poleciał z powrotem na Raniżów. Teraz lecąc nad szosą pełną uciekinierów i wojska polskiego będącego w odwrocie, systematycznie  zaczął zrzucać bomby, takie nieduże, bo huk był słaby. Naliczyłem tych wybuchów 14. Po chwili było widać pożary w tamtej stronie. Jak się potem okazało, było kilkadziesiąt osób rannych i kilkunastu zabitych uciekinierów. Były też zabite konie i roztrzaskane wozy. W Staniszewskim, niedaleko Stopyry, spaliła się czyjaś zagroda. Ponoć bomba trafiła w sam środek domu mieszkalnego, który od eksplozji rozleciał się jak przysłowiowy domek z kart. W trakcie tego bombardowania jedna z bomb spadła tuż obok zagrody naszej ciotki Agnieszki na Staniszewskiem. Byli zabici i ranni, ale od ciotki Pełczynej nikomu nic się nie stało. Ciotka była w domu i schroniła sie w nim, bo słychać było samolot i wybuchy od strony Zielonki. W pewnym momencie ogłuszył ją potężny huk, dom cały zatrząsł się, sadze z komina wyleciały na izbę i wszystek mech wyleciał ze ścian. W izbie zrobiło się czarno i duszno. Z zewnątrz cały dom był posiekany odłamkami.  Stajnia również ucierpiała. Mimo, że bomba, wg wielkości leja, nie większa niż 50 kg, upadła o 5 metrów od domu, ten ani żaden z innych budynków nie zapalił się, chociaż wszystkie były kryte słomą i drewniane. Długo ciotka Agnieszka nie mogła się otrząsnąć po tym bombardowaniu. Dobrze, że więcej nikogo z jej rodziny nie było w tym czasie w obejściu. Ja miałem możliwość za kilka dni obejrzenia naocznie skutków tego bombardowania. Samolot nie napastowany więcej przez nikogo, zrzuciwszy śmiercionośny ładunek wzdłuż trasy, odleciał spokojnie na zachód. Był to chyba dwumotorowy Heinkel – zwany popularnie „fligenale spate”

   Jest sobota 9-ego września 1939 r. Około południa było słychać w Mazurach kanonadę artyleryjską od zachodu. Nasilała się i słabła. Ludzie starsi mówią, że teraz zacznie się na dobre, bo nadchodzi front. Na horyzoncie widać bijące się wysoko w niebo dymy. Uciekinierów już niewielu. Szosą na Sokołów ciągnie tylko polskie wojsko. Pogoda upalna. Ani kropli deszczu od tygodni. Tuman kurzu znaczy drogę odwrotu wojska. Kanonada w kierunku Raniżowa milknie dopiero z nastaniem ciemności. Pojedyncze pociski wybuchają podobno nawet w okolicy Porąb Niemieckich za Raniżowem. Pożary nie gasną. Pożoga i łuny rozświetlają horyzont. To płonie nasza siedziba powiatu – Kolbuszowa, oddalona zaledwie 17 km od Mazurów. Zbliża się do naszej wioski nawała hitlerowska, nadchodzi front. Na noc jednak wszystko ucichło. Tylko wojsko ciągnie stale szosą, słuchać brzęk obręczy żelaznych o kamienie oraz szum ludzkich głosów i nawoływań woźniców. Jutro będą Niemcy! 

Późnym popołudniem za namową kolegów – Tadka Bala i Józka Suskiego Kuby – postanawiam i ja udać się wraz z nimi na uciekinierkę, bo tam front na pewno się zatrzyma, a pod okupacją strach zostawać. Mamy dobre rowery, drogi pustoszeją, więc pojedziemy. Spakowaliśmy wałówkę na drogę, przytroczyliśmy torby do ramy i jazda. W domach rodzinnych pożegnaliśmy się z bliskimi. Wypadało również pożegnać się z proboszczem ks. St. Bąkiem i kierownikiem szkoły we wsi. Ten ostatni podziękował nam za pamięć o nim i o szkole. Oświadczył, że sam nigdzie nie ucieka, że zostaje na łaskę losu. Nie zatrzymywał nas, poinformował którędy lepiej pojechać na Lwów, gdzie są mosty na Sanie, życzył szczęśliwej drogi i pożegnał wraz z małżonką – naszą niegdysiejszą „Wielką Panią” z czasów szkolnych. Następnie udaliśmy się na plebanię. Tu młody proboszcz ks. Bąk, wysłuchawszy naszych zamiarów, po prostu nas ochrzanił. „Gdzie się wybieracie, za czym, co chcecie osiągnąć? Zostaje wieś, zostaje parafia, zostaję ja, zostają wasze rodziny – zostajemy wszyscy. Co Pan Bóg da, to będzie. Jest wojna. Jutro niepewne. Jednak łatwiej przeżyć między swymi niż gdzieś na obczyźnie. Wracajcie do domów, wyśpijcie się i pamiętajcie, że jutro niedziela. Jak nic nie przeszkodzi, to chcę was widzieć na mszy w kościele”. Przekonani i nieco zawstydzeni powróciliśmy do rodzinnych domów. Tak szczęśliwie zakończyła się nasza „wycieczka” na San, z której mogliśmy już nigdy nie wrócić, wziąwszy pod uwagę wypadki, jakie tam działy się wtedy w pamiętne dni wrześniowe. Wtedy jednak nie mieliśmy o tym żadnego pojęcia. W domu wszyscy ucieszyli się z naszego powrotu. Robił się wieczór. Zjadło się kolację i jeszcze trzeba było rower rozebrać i po zabezpieczeniu zakopać w ziemię. Wreszcie, po dniu pełnym wrażeń, idziemy spać.  

  Wcześnie rano budzę się i wychodzę na podwórko. Wstaje piękny, pogodny dzień. Od strony Zielonki cicho. Szosą na Sokołów nikt nie jedzie. Drogą przez Mazury też. Nie ma wojska polskiego i nie ma Niemców. Nie ma i frontu żadnego, rzędu okopów i umocnień, do których byli przyzwyczajeni żołnierze z I wojny światowej, a więc większość ówczesnych starszych mężczyzn w Mazurach. Zebrałem się i z Marcinem Bąkiem, udałem się do kościoła na ranną mszę świętą. W kościele proboszcz uspokaja wiernych i nakazuje spokojnie czekać na rozwój wypadków. Podaje, że w Rzeszowie i Łańcucie są już Niemcy i że u nas lada godzina też będą, że komunikaty w radiu są przygnębiające. Wychodzimy z kościoła. Wokół cicho, jak w zwykłą niedzielę. Żadnej kanonady nie słychać. Bomby w zasięgu wzroku i słuchu nie lecą. Pożary na zachodniej stronie wygasły. Po śniadaniu, w grupie kolegów – Marcina Bąka, Józka Warchoła, Tadka Tatara, Józka Białasa, Bronka Sasieli, Władka Józwowego – idziemy z ciekawości na Zmysłów, do lasu zobaczyć, jak wygląda szosa po przejściu uciekinierów i wojska. Poszli i starsi  gospodarze, ale oddzielnie.

   Oczom naszym przedstawił się obraz nie do opisania. Nikt nie jedzie ani nie idzie. Szutrówka, względnie utwardzona na co dzień, jest rozjeżdżona na sypki piach, rowy przydrożne zasypane wszelkim dobrem. Najwięcej leży pocisków artyleryjskich różnych kalibrów wyrzuconych z transportu, karabiny wiszą na gałęziach drzew. Kuchnia polowa stoi na linii (dukcie) koło „Czarnego Szlabanu” w lesie pełna jeszcze ciepłej grochówki, obok leży skrzynia wojskowych sucharów, a druga kawy prasowanej z cukrem. Jedni biorą suchary w kieszenie, a drudzy mówią, żeby nie brać, bo zatruto i specjalnie pozostawiono. Bronek Sasiela nie wytrzymuje i gryzie białe suchary. Nic się mu nie dzieje. Nie otruł się. Wtedy wszyscy łapią za suchary i kawę, i opychają nimi kieszenie. Po rowach stoją połamane, ale także i dobre wozy konne. Obok skubią trawę konie okulałe i odparzone z otwartymi ranami od uprzęży niezbyt dopasowanej. Starsi łapią co zdrowsze i prowadzą do domu. Inni zbierają broń i chowają gdzieś dalej w lesie. Wynoszą skrzynki i taśmy z nabojami do karabinów, zbierają skrzynki granatów. Początkowo krępują się jeszcze, ale wnet robią to całkiem śmiało, mówiąc, że to się jeszcze przyda, że nie należy zostawić tego wrogowi. Minęło południe, a wroga dalej nie ma. Jesteśmy na ziemi niczyjej. Ani naszych, ani Niemców. Jakieś 150 metrów od szosy za Zmysłowem znajdujemy w lesie trupa. Jest to żołnierz polski, świeżo umundurowany rezerwista. Cały ubiór ma na sobie nowy. Starsi gospodarze ze Zmysłowa od razu się zorientowali, że ten żołnierz był aresztantem, bo nie miał pasa na mundurze i sznurowadeł w trzewikach. Został widocznie z jakiegoś powodu zastrzelony, bo miał tylko jedną dziurkę na czole i zostawiony bez pochówku. Postanowiliśmy go jednak pochować, ale na skarpie przy szosie. Nie miał też żadnego znaku tożsamości na szyi. Przyniesiono z chałup łopaty. Wykopano grób i pochowano go bez trumny, jak na froncie, w ubraniu tym, co miał na sobie. Byli tacy, co chcieli go rozebrać z nowego munduru i ubrać w jakieś stare łachy. Jednak ta propozycja nie przeszła, chociaż jeden z obecnych zdjął mu nowe trzewiki wojskowe i sobie obuł. Pochowaliśmy więc nieznanego żołnierza bez butów, chyba dezertera nad rową jakieś 300 metrów na południowy wschód od gajówki na Zmysłowie. Leży tam do dnia dzisiejszego. Zmysłowcy od czasu do czasu odnawiają mogiłę, a dzieci szkolne zapalają na Wszystkich Świętych znicze i stroją ją kwiatami.

Idziemy dalej w stronę Zielonki. Serafin Józef z sąsiadem ma już na podwórku dwa wojskowe konie. Pasą się na trawie. Teraz pchają do stodoły samochód osobowy. Wygląda jak nowy. Tylko benzyny nie ma. Skończyła się i właściciel zostawił auto na szosie. Nieco dalej znów bezpańskie konie skubią trawę „na Baduni”. Wszystko odparzone i kulawe. Niektóre nawet z uprzężą nową, prosto z magazynu. Dalej, gdzieś od szosy dochodzi droga do mazurskiego gminnego lasu, stoi tam na środku  unieruchomiona tankietka opancerzona. Chyba tylko uszkodzona, bo śladów pocisków czy miny nie widać. Tu też po przydrożnych zagajnikach pełno wojskowego dobra, a nawet leżą walizki z bielizną i odzieżą porzucone ostatniej nocy przez uciekinierów. Znów rowy przydrożne pełne amunicji artyleryjskiej tylko bez zapalników, jak oceniali byli starzy żołnierze. Wszystko pokrywa żółtawy pył i ziemia z trawą oraz liście i drzewa. Zmęczeni tą penetracją wracamy do domów, do wsi. Dalej żyjemy na ziemi niczyjej. Niemców nie widać ani nie słychać. Frontu nie ma żadnego. 

Wieczór i noc przeszły spokojnie. Ludzie denerwują się. Taka cisza nie wróży nic dobrego. Nie pozostaje nic innego jak czekać na nieznane. W poniedziałek rano znowu cisza. Znów idziemy z kolegami na szosę zobaczyć nareszcie tych Niemców, przed którymi uciekała taka masa uciekinierów z Zachodu i uciekło nasze wojsko. Wszelakiego dobra przy szosie już o wiele mniej. Przez noc zdążyło „wyparować”. Każdy coś użytecznego wlecze do domu lub zakopuje po kryjomu. Karabinów i amunicji do nich praktycznie już nie ma, zostały „posprzątane” i ślad po nich zaginął. Cisza zupełna. Ani samolotu, ani kanonady, ani terkotu karabinów maszynowych. Wreszcie koło 10.00 słychać warkot motoru od strony Zielonki. Jedzie pojedynczy motocykl z przyczepką i trzech szwabów. Co 200-300 metrów zatrzymują się, śledzą przez lornetkę okolicę i jadą dalej w stronę Sokołowa. Uzbrojeni po zęby, w hełmach. Ręczny karabin maszynowy na przyczepce. Zakurzeni jakby wyszli z młyna. My 100 metrów od drogi zaczynamy się chować w  wgłębieniach terenu i za drzewami. Starsi mówią, żeby stać otwarcie i nie chować się, bo może paść seria z RKM-u. Niemcy widząc nas, nie zatrzymują się i jadą dalej. Po jakiejś godzinie znowu wolno wracają na Raniżów i już się nie zatrzymują do lustrowania terenu. Jadą wolno, bo szybciej się nie da. Droga zupełnie rozjeżdżona i zrujnowana. Byli chyba w Sokołowie, nie dalej. Za kolejną godzinę już ciągną z szumem kolumny samochodów z wojskiem, kolumny czołgów i wozów pancernych. Jedna za drugą, w pewnych odstępach, zupełnie wolno w kierunku Sokołowa i nikną w lesie za Zmysłowem. Jest 11 września 1939 r. Przez nasz powiat i gminę przetacza się wojsko bez nijakiego frontu. Kończy się pas neutralny i zaczyna wieloletnia okupacja niemiecka. Zobaczyliśmy już niemiecką machinę wojenną, zobaczyliśmy butny Wehrmacht i ze spuszczonymi głowami wróciliśmy do domów. Przez Mazury dopiero nad wieczorem zaczęli ciągnąć niemieccy żołnierze, ale pieszo – widać piechota. Pojedyncze samochody wiozły ich zaopatrzenie, wyposażenie i broń ciężką. Na noc we wsi nie zostali. Poszli dalej na Górno. Ciągnęli na Sokołów i przez Mazury na Górno, tak przez trzy dni. Na wschodzie, za Sanem chyba też nie było żadnego frontu, bo było cicho. Żadnej kanonady. Gdyby był opór, to byłoby go przecież słychać. Tylko bombowce całymi eskadrami ciągnęły co dnia nad Mazurami w kierunku wschodnim i gdzieś tam pozbywały się swojego ładunku wracając nocą z powrotem na zachód. Mówiono, że na lotnisko do Mielca.

Cdn.

Otrzymane od płk Marcina Kusa wspomnienia spisała nauczycielka historii p. Bożena Smolak